dla męża mego kochanego i innych esencjalistów… :]

rosePorzuciłam esencjonalizm już jakiś czas temu podczas zmagania się z filozofią feministyczną /klasyczną i tą współczesną/. Powód był prosty (dla mnie osobiście): esencjonalizm jest nielogiczny i w konsekwencji prowadzi do szowinizmu. Why?

Esencjonalizm oznacza stanowisko podkreślające realne istnienie prawdziwej istoty rzeczy, esencji, tj. stałych i niezmiennych właściwości definiujących tę rzecz. Rozumienie to podąża za tradycyjną interpretacją arystotelesowskiej definicji istoty (esencji) substancji. Poarystotelesowska teoria esencji rozwijała się w wielu kierunkach (np. nominalna esencja Locke’a). Feministyczne esencjalistki (jak np. E. Grosz) odwołują się do ogólnej koncepcji stałej natury kobiet, przy czym esencja kobiet jest tu uznawana za coś uniwersalnego i tylko czasem bywa utożsamiana z kobiecą biologią i jej naturalnymi właściwościami. Niejednokrotnie istotę kobiety upatruje się w psychologicznych cechach kobiety, takich jak opiekuńczość, zdolność do empatii czy niechęć do konkurowania. Esencje kobiet można łączyć z pewnymi formami działania i postępowania w społecznych praktykach – jak działanie intuicyjne, otwartość emocjonalna, zaangażowanie w niesienie pomocy innym. Esencjonalizm może się wyrażać w biologizmie (kobiece biologiczne uposażenie), naturalizmie (teologiczne lub ontyczne podstawy-kobieca natura jako zalecana postawa), uniwersalizmie (społeczne odniesienia i podkreślanie jedynie podobieństw funkcji/czynności). Esencjonalizm opiera się o teorię „natury” człowieka, czyli próbę wyabstrahowania i uchwycenia uniwersalnych nie podlegających zmianie cech gatunkowych oraz następnie płciowych rozróżników.

Tak więc nieraz słyszę, że jakieś zachowanie jest „kobiece” a inne, że nie jest „męskie”. Nie zgadzam się z takim stanowiskiem i takim wyznacznikiem, bowiem zachowania społeczne poprzez wzorce przyswajamy w procesie socjalizacji i wcale nasze wzorce nie stanowią o czyjejś płci lub jej braku (?). Określając kogoś w ten właśnie sposób, świadomie lub nie – dyskryminujemy daną osobę. Biologiczne się różnimy jako kobiety i mężczyźni, ale miesiączka czy zmienność hormonalna w trakcie cyklu wcale nie są jakimś konkretnym odniesieniem, bowiem cóż powiemy o kobietach, które miesiączki nie mają? (że są niekobiece? absurd!) Zmienność hormonalna podczas cyklu też różnie wygląda-każda kobieta ma nieco inne proporcje różnych hormonów względem siebie, różnie też reaguje i różnie sobie radzi z ową zmiennością podczas cyklu ( nie każda kobieta w ostatniej fazie cyklu jest rozdrażniona, czasami kobiety nawet nie dostrzegają różnic w samopoczuciu podczas cyklu). Poza tym to chromosom x (xx) a nie poziom hormonów jest istotny w określeniu płci. Dodać należy, że na „kobiecym” chromosomie x mieszczą się geny (1184!), które wcale nie są odpowiedzialne za „kobiece” cechy osobowościowe, ale zawierają różnorodne geny.

Tak więc obojętnie jaką różnicę biologiczną w obrębie obu płci będziemy badali, jedno jest pewne – nie ma jednoznaczności. Nawet jak zatrzymamy się przy tak „wymęczonym” temacie macierzyństwa, to warto zauważyć, że to troszkę dyskryminujące, jak sporą część ludzkości będziemy określać podkreślając jedynie układ rozrodczy, który przecież nie jest determinantem i nie rządzi naszym losem społecznym, ani osobowościowym. Podkreślanie roli kobiety-matki dyskryminuje te kobiety, które matkami nie są (w tej grupie jestem też ja!) lub narzuca kobietom-matkom pewne określone wymagania, jak np. pewne obowiązki rodzicielskie, które dotyczyć mają obojga rodziców, a nie tylko matki.
Np. więc dyskryminuje się młodą dziewczynę, która zaszła w niechcianą ciążę, a nie zwraca czasem zupełnie uwagi, że nie SAMA w tą ciążę zaszła. Prowadząc kiedyś warsztaty ze studentami zauważyliśmy, że wobec córek i młodych kobiet społecznie tworzy się presję aby zachowały dziewictwo przedmałżeńskie (co nie jest tak oczywiste przy płci męskiej) i głównym problemem nie są doświadczenia seksualne jako takie, co niechciane ciąże. Gdyby tak samo odpowiedzialnością za ciążę/rodzicielstwo obarczano by młodego ojca i jego rodzinę, może inaczej by się sytuacja miała…
Wracając do prób ustalenia, co jest „kobiece” a co „męskie”, chciałabym zauważyć, że często owe „kobiece” cechy, które tak często moi koledzy lubią w innych kobietach, są – moim zdaniem – cechami/zachowaniami nie kobiet, ale dzieci. Tak samo jeżeli chodzi o określanie zachowań „niemęskich”- często tak nazywamy cechy, które gdy się im przyjrzymy – są cechami dziecinnymi. Kika przykładów takich zachowań:
– takie „pieszczenie się” i zdrabnianie imion/ nazw itp.: mówienie „mój misiaczku”, „twoja pszczółka”, ” o jaki słodziak”, „niunia” to typowe w relacji z dziećmi małymi
– roztrzepanie, nieobecność – np. jak komuś wypadają z rąk przedmioty, coś upuści, bałagani… taka typowo dziecinna nie koordynacja ruchów
– udawanie głupiej/głupiego „taaak? nie wiedziałam, oj ja głupiutka”
– użalanie się nad sobą i prośba o pomoc: „bo ja taka mała”, „ojej, pomoże pan?”
– przymilanie się, kokietowanie – częste u dzieci w wieku przedszkolnym
Powyższe przykłady rodem z przedszkola państwowego, do którego uczęszczałam miały na celu zwrócić uwagę dorosłych i pozyskać ich pomoc, wsparcie oraz przywileje.

Kultura patriarchalna chciała widzieć w kobietach takie istotki niedojrzałe (też takie głupiutkie), którymi się trzeba zająć, a jednocześnie przy takich kobietach, bez żadnego wysiłku mężczyźni stają się „wielcy”. A jako feministka nie mogę się zgodzić na taką rzeczywistość ignorowania i lekceważenia własnej płci.

Co innego niż esencjonalizm? Otóż ja nie jestem antyesencjalistką a zarazem nie popieram esencjalizmu. Co nie musi być sprzecznością. Zwyczajnie uważam, że każde uniwersalne określenie prowadzi do dyskryminacji. Kobiecym nazywam wszystko, co łączy się ze światem kobiet i choć to cholernie trudne, zwyczajnie staram się powstrzymać od przymiotnika „jaka, jaki, jakie”. Jesteśmy jednym gatunkiem (sic!) i więcej nas łączy niż dzieli. Różnice płciowe są czasem mniejsze niż różnice psychologiczne w obrębie jednej płci. A część naszych zachowań (wzorców zachowań płciowych) to nasz spadek po procesie socjalizacji, któremu ulegamy, żyjąc w ludzkim stadzie =)

Małe ćwiczenie: Wystarczy się wybrać do innej kultury i zobaczyć, jak jedno z zachowań, które uważaliśmy od dzieciństwa za „kobiece” przynależy w odmiennej kulturze wybitnie do płci męskiej.

ps. wiem, że mąż kochany zdania swego, choćby z wrodzonej przekory, nie zmieni, ale chciałam napisać słów kilka…
pozdrawiam miło wszystkich zwolenników esencjonalizmu =)
…………………………………………………………………………………
* więcej na temat teorii podmiotu w filozofii można przeczytać w: Ewa Hyży, Kobieta, ciało, tożsamość. Teorie podmiotu w filozofii feministycznej końca XX wieku, Universitas, Kraków 2003.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Z perspektywy teologicznej pytanie o rozumienie płci jest szalenie istotne, a za ks. dr G. Strzelczykiem zadam pytanie: „Czy kobiecość jest kategorią teologiczną?”
i dalej : „Niewątpliwie, jeśli chcemy, żeby kategoria kobiecości pozostała nośna teologicznie nie tylko w sensie archeologicznym (dawnych wyobrażeń o kobiecości), potrzebne są intensywne poszukiwania nowego obrazowania. Trzeba w tym celu odnaleźć inny świeży język, adekwatny do naszej współczesnej kultury. Zadanie to trzeba podjąć przy całej świadomości prowizoryczności wyników, jakie otrzymamy, będą bowiem one znowu kulturowo uwarunkowane, a więc nieostateczne.”
amen =)
ks. G. Strzelczyk, Nie ma już kobiety ani mężczyzny?, w: „Więź”, styczeń-luty 2009, 1-2 , [603-604], ss. 44-52.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teolożka feministyczna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *