pielgrzymka

Serce Weroniki marszczy się jak sucha rodzynka. Stan ten trwa już od kilku tygodni. Zdążyło więc dobrze obeschnąć, nabrać twardości, zmarszczek i nieregularnych kształtów. Dlaczego? Och! Powodów wiele. Zbyt obficie obrodziły niemiłe okoliczności, awanturnicze spotkania i zbyt ostre słowa monologów (bo dialogiem agresji słownej nie da się nazwać)… trudno unieść ich ciężar. Dusza Weroniki więc omdlewa po ciężarem ostatnich przeżyć; zbyt często minionymi dniami łka w poduszce chmur.

Dzisiejszego dnia Weronika wzięła w pracy wolne. Po marudnym śniadaniu, wypiła ociągającą się kawę i słucha ulubionego radia. Smętne melodie rozleniwiają jej i tak słaby nastrój. Beznamiętnie gładzi więc palcami po szybie wiosenne kropelki deszczu. Nagle uderza ją bolesny promyk słońca. Jakimś sposobem chmury przepuściły słonecznego chochlika. Weronika zmarszczyła brwi i całą twarz. Zamiast się ucieszyć słońcem, pomyślała, że grożą jej zmarszczki mimiczne. Zakryła dłonią źródło świata i wydała żałosny jęk, jak przeciągłe ziewanie zaspanego kota.

– Ojeeeeeeeeeeeej…

Nie opuściła jednak dużego parapetu. Siedzi tam nadal. Teraz zamknęła oczy i grzeje się w słonecznym cieple. Obiecała sobie jakiś czas temu, że jak tylko wyjrzy słońce – wybierze się na spacer. Intensywnie więc szuka w głowie wymówki dla samej siebie, dlaczego jednak zostanie w domu. Czuje rozdwojenie. Jej ciało przywarło do szyby i pragnie więcej. Zaraz wyskoczy przez okno na wyczekiwany spacer. Dusza jednak jak sucha rodzynka, woli poleżeć i nigdzie się nie ruszać. Weronika marudzi samej sobie: Co wybrać?

Poddała się ciału. Serce milcząco zgadza się na wszystko. Ciało Weroniki więc przejęło inicjatywę: wbrew nastrojom, wyjęło z szafy zieloną bluzkę i pobiegło czym prędzej na świeże powietrze, na dworzec. Za kilka stacji zaczną się wyłaniać urocze pagórki wzgórz. To tutaj spacery najwięcej przynoszą satysfakcji.

Weronika wysiadła z pociągu. Stawiając nogę na znanej sobie stacji postanowiła samej sobie już nie marudzić, już nie narzekać. Będzie tylko teraz ona i ten piękny zakątek spokoju. Nogi niosą Weronikę jej utartymi ścieżkami.  Rozpoznaje stopami podłoże, jakby każdy kamień był znajomy jej stopom. Po długiej wędrówce w końcu wdrapała się na sam szczyt. Chłodny wiatr suszy jej spoconą szyję. Usiadła. Przed nią rozpościera się przestrzeń piękna i spokoju.

To tu jej ciało zabrało duszę na pielgrzymkę. Teraz kiedy Weronika rozpościera ramiona, a wiatr rozwiewa jej włosy – jej dusza powoli rozkłada schowane skrzydła. Jakby prostujące się ścięgna w ciele Weroniki naciągały na maszt żagle serca. Świeże powietrze w płucach rosi spragnione odnowy wyschnięte wnętrze. Odnowa ciała przynosi nowe siły duszy.

Weronika się uśmiecha. Do samej siebie. Nie spodziewała się takiego owocu spaceru.

Zmarszczki na rodzynce serca powoli prostują się…

Na jakiej rodzynce? Przecież to soczysty, dojrzały owoc! 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Weronique. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *