lotna tajemnica

Weronika, będąc małą dziewczynką o kościstej budowie ciała, zastanawiała się dlaczego jej łopatki tak zawsze odstają od pleców? Podglądała plecy innych dzieci i była niepocieszona owym specyficznym wyróżnieniem. Będąc już nastolatką przy okazji jakiejś kolejnej burzy emocji pomieszanej z deszczem łez, zauważyła, że dziwnie swędzą ją plecy na łopatkach. Początkowo wyprostowała się, martwiąc, iż będąc za bardzo pochyloną, skóra napina się i swędzi. Nie pomogło. Dziwnym odczuciem było połączenie bólu w okolicy mostka z owym swędzeniem pleców. Ocierając łzy, zastanawiała się na jakie schorzenie zapadła przy okazji tak silnego bólu duszy. Nigdy nie słyszała, by ktoś opowiadał, że aż tak serce potrafi boleć, iż swędzi skóra pleców. Może właśnie cierpi na nieodkrytą jeszcze chorobę, pewnie śmiertelną skoro serce tak kołacze? Ku jej wielkim oczom wyobraźni stąpała powoli, ale przeraźliwie perspektywa rychłej śmierci. Owa wizja była w przykrych okolicznościach rozpaczy Weroniki, niby wybawieniem i zadośćuczynieniem całemu światu, za to że cierpi samotność, niezrozumienie i odrzucenie. Śmierć jednak nie nadeszła, a łopatki zaczęły zmieniać kształt.

Na początku lekkie wypustki, później zmieniły się w niepokojące sztywne formy. Rozwijały się w zależności od okoliczności: w bólu nad światem i rozpaczą samotności, skrzypiącym niezrozumieniem i piekącym buntem przeciwko złu. Okrywały się tajemniczym puchem, gdy płakała nad bólem pokrzywdzonych, gdy wyciągała dłoń czułości do buntowników, gdy spoglądała w oczy zagubionych, gdy tuliła w ramionach świat, co właśnie zapłakał w gorączce wojen… Puch przeistoczył się z czasem w pióra.
Przyzwyczaiła się do inności.

Weronika nie nosi bluzek z tylnym dekoltem, by oczom innych nie wyłoniła się jej lotna tajemnica. Rozpościera skrzydła jednak podczas zachodu słońca, kiedy biegnie letnią łąką w otoczeniu wieczornej mgły. Trzepoce nimi pomiędzy wysokimi trawami razem z powiewem wiatru, czekając aż ostatni promień ciepła zginie w odległych ramionach horyzontu. Okrywa się wtedy puchem piór przed chłodem nocnej ciszy. Weronika otwiera nieśmiało w tych chwilach duszę, rozpościera ramiona, gdy wzrok jej sięga za piękna horyzont. I czeka… patrzy w dal… nasłuchuje… Czasami bowiem tuż po zachodzie słońca słyszy miękki trzepot skrzydeł gdzieś daleko…wie bowiem, że ona i jej skrzydła nie są same…

Najpierw spotykała osoby, które głębokim spojrzeniem, nie potrafiły zatrzymać się na codzienności, lecz zapadały się studnią w bezkres poszukiwań duszy. Trudno było im zatrzymać wzrok na sprzętach, postaciach i otaczającym świecie zjawisk. Ich ciała biegły za wciąż głodnym wzrokiem nieobecności, zostawiając za sobą niedbale rozrzucone piórka nieuwagi. Innym razem spotykała w zaułkach zapomnienia i nieobecności tajemnicze osoby, tulące w swoich ramionach łzy sierot. Zza ich pleców nieuważnie wyglądały końcówki piór, zagapione swoją obecnością, nieświadome jej dyskretnego wzroku. Spotykała ich również w lesie i ogrodach, rozmawiających ze zwierzętami i roślinami. Ich ciepłe dłonie budziły zaufanie, a czułe spojrzenie dodawało otuchy. Dziwnym sposobem to właśnie przy nich całymi płucami oddychał las a kwiaty zakwitały; ku nim chyliły swe główki, kielichy.
Weronika siadała przy nich cicho, ucząc się przeplatać cierpienie z radością nad światem, współczucie z uwagą istnienia, beztroskę z głodem sprawiedliwości. W powietrzu nostalgii cicho drżały krople miłości…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Weronique. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *