Odwaga, by mówić coś szczerze w polskiej przestrzeni kościelnej

Polecam serdecznie artykuł Katarzyny Wiśniewskiej w GW:

Kobiety wychodzą z kościoła

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Poniżej skopiowany tekst z portalu wyborcza.pl:

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Oblubienice Chrystusa wpuszcza się za świętą, męską, linię ołtarza wyłącznie po to, by starły tam kurze. Ale one mówią: dziękujemy, już nie chcemy.

Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny to taki kościelny 8 Marca.

Kobiety usłyszą od księży i biskupów szereg wskazówek, które pomogą im „poczuć jeszcze bardziej spełnionymi w ich kobiecości”.

Bo któż jak nie kapłan wie, co siedzi w kobiecej duszy? Kobiety (a raczej, jak mawiają księża, niewiasty) winny zatem: wzorować się na Maryi, zmierzać w stronę Maryi, umiłować Maryję czy – to bodaj ulubione księżowskie zalecenie – „zapatrzyć się” w Maryję.

Zapatrzyć się rzecz jasna po to, żeby pokornie powtarzać jej „fiat” (niech mi się stanie), bo – sądząc po kazaniach – pokora to dla większości księży najważniejszy rys charakteru Matki Boskiej.

Przez całe lata 15 sierpnia wysłuchiwałam tych księżowskich nauk, krzywiłam, słysząc o „kapłankach domowego ogniska”, kurczyłam w sobie na hasło „oblubienice”, „wybranki Chrystusa”, „matki Kościoła”.

Jakie to wybranki, które wpuszcza się za świętą, męską linię ołtarza, progu w sali wykładowej seminarium duchownego tylko po to, by starły tam kurze?

Dziś już wiadomo: kobiet w kościele ubywa. Z sondażu CBOS z 2009 r. wynika, że frekwencja na mszach maleje głównie z tego powodu. Regularny udział we mszy deklaruje 40 proc. mieszkanek dużych miast. To o 26 procent mniej niż w 1992 r. Mężczyźni nadal praktykują mniej gorliwie niż kobiety (32 proc.), ale nie odchodzą. Na początku lat 90. regularnie praktykujących kobiet było aż o 24 proc. więcej niż mężczyzn, teraz ta przewaga wynosi tylko 8 proc. Łatwo przewidzieć, jak bardzo zmieni się krajobraz kościelnych ławek, gdy tendencja się utrzyma.

Geniusz kobiety, geniusz mężczyzny

Odchodzą kobiety z wyższym wykształceniem. Co jest powodem? Laicyzacja, na którą tak narzekają księża? Ale dlaczego miałaby upodobać sobie tylko kobiety?

A może nie odnajdują siebie ani w Maryi Dziewicy, ani w Maryi Matce? Cóż, skoro innych kobiecych przymiotów poza rozrodczością (lub powstrzymywaniem się od niej ku chwale Bożej) księża jeszcze nie odkryli.

„Tylko wy, kobiety, jesteście powołane, aby nosić pod swym sercem nowe życie. I z tego waszego wyróżnienia skorzystał sam Pan Bóg, gdy chciał zbawić człowieka. Za to wasze wyróżnienie razem z wami dziękujemy dobremu Bogu!” – mówił rok temu opolski biskup pomocniczy Paweł Stobrawa w Piekarach Śląskich na pielgrzymce kobiet i dziewcząt.

„Wyróżnienie” to mało. Bp Jan Wątroba (jeszcze niedawno delegat Episkopatu Polski ds. duszpasterstwa kobiet) nazywa macierzyństwo „najbardziej istotnym przejawem realizacji geniuszu kobiety”. W kazaniu na Dzień Kobiet rozwinął wątek: „Nie tylko macierzyństwo fizyczne, ale także macierzyństwo duchowe, które oznacza przekazywanie i podtrzymywanie życia w innych ludziach poprzez „karmienie ich kobiecą obecnością, miłością i troską”, tłumaczył.

Wyobraźmy sobie, że ksiądz w kościele (albo siostra katechetka na religii) wychwalałby pod niebiosa ród męski za jego potencję. „Geniusz mężczyzny polega na jego zdolności do zapładniania”. Zabrzmiałoby to jak obelga. Przypuszczam, że raziłoby to także te kobiety, którym nie przeszkadzają opowieści o geniuszu macierzyństwa. Zbyt długo wpajano im – jeśli nie w domach, to właśnie w kościołach, na lekcjach religii – ów dogmat o żeńskiej doli i żeńskim spełnieniu przy garach i dzieciach. Kariera zawodowa, ambicje intelektualne, owszem, są ważne (to w wersji bardziej postępowych księży), lecz jako dodatek, odwrotnie niż u mężczyzny, który realizuje się poza domem, a w domu odpoczywa. U boku kapłanki domowego ogniska.

Na pierwszy rzut oka mizoginia charakterystyczna dla Ojców Kościoła sprzed wieków jest już tylko trochę śmiesznym, trochę strasznym wspomnieniem. Św. Tomasz z Akwinu nauczał wszak: „Kobieta jest jedynie pomocą w płodzeniu i pełni pożyteczną rolę w gospodarstwie domowym”. Dziś płodząca to już nie pomoc, to geniusz. Jednak jawna niechęć do kobiet przepoczwarzyła się w zjawisko równie szkodliwe. W Kościele kobieta ma status podobny do dziecka, traktuje się ją protekcjonalnie, z lekkim pobłażaniem, gdy trzeba, karci, a gdy na to zasłuży – chwali.

Siostra Barbara Chyrowicz, profesor etyki na KUL, opowiadała w „Więzi” (1-2/2009), że „denerwuje ją poczucie wyższości, z jakim nawet bardzo młodzi księża potrafią patrzeć na kobiety”. Skarżyła się: „Nie mam pojęcia, co należałoby zrobić, żeby wytłumaczyć niektórym hierarchom, że mogą się czegoś nauczyć od kobiet”.

Odważny jak arcybiskup Michalik

Słowo feminizm księży uwiera. Do tego stopnia, że biskup Wątroba czuł się w obowiązku wytłumaczyć wiernym, że „walka o należyte miejsce kobiety w społeczeństwie, upominanie się o równouprawnienie w życiu publicznymi i społecznym to nie przejaw feminizmu”. Więc co? To „upominanie się o coś, co jest prawem kobiet”, zakończył karkołomnie biskup. Uff, warto było poświęcić stylistykę wypowiedzi, byleby odciąć się od brzydkiego słowa na „f”.

Przewodniczący Episkopatu abp Józef Michalik nie musi się tak gimnastykować, on nie tylko słowo „feminizm”, ale i całą kwestię kobiecą torpeduje. „Za poważny problem uważam wprowadzenie tak zwanego dowartościowania kobiet, bowiem to hasło to strzał w rodzinę! Nikt nie mówi, że obecność kobiety w pracy o pełnym wymiarze jest dla rodziny zabójcza. A trzeba o tym mówić. Także o tym, że posługa kobiety w rodzinie godna jest wynagrodzenia, zaś mężczyzna powinien np. przez osiem godzin dziennie pracować tak intensywnie, by mógł utrzymać rodzinę”, powiedział lipcowym wywiadzie dla KAI. Kobieta jest więc tworem podrzędnym wobec rodziny, ale paradoksalnie to od niej zależy jej los. Abp Michalik nie powie na przykład, że równie zabójcze dla rodziny jest, gdy mężczyzna się zaharowuje, zaniedbując żonę i dzieci. Zdaniem abp. Michalika: „Feminizacja myślenia i prawa jest dziś nieszczęściem dla rodziny, trzeba mieć odwagę to powiedzieć. Feministki i pseudonowoczesne kolorowe gazety wyśmiewają macierzyństwo i tworzą fałszywy, pusty ideał postępu kobiety. To jest absurd i poniżanie jej! Należy wydobywać z kobiety kobiecość, z mężczyzny – męskość. To jest zadanie postępu człowieka, ludzkości”.

Wstrząsające wyznanie. Przewodniczący Episkopatu jest dumny z tego, że „ma odwagę powiedzieć” coś, czego „nikt nie mówi”: miejsce kobiety jest w domu, przy dzieciach, a mężczyzny na polowaniu. Faktycznie, nikt tak dzisiaj nie mówi. Jeśli coś takiego wyrywa się politykowi, opinia publiczna nie zostawia na nim suchej nitki. Biskup może mówić wszystko. Ministrantki rozpraszają księży

„Jeśli Bóg jest rodzaju męskiego, wówczas rodzaj męski jest Bogiem” – mawiała Mary Daly, jedna z teolożek feministycznych, które reinterpretują stereotypowy obraz Boga Ojca. „Jako transcendentny, niewzruszony jest kwintesencją sprawującego władzę męskiego »ja « odnajdującego doskonałe szczęście w samym sobie” – zauważa amerykańska teolożka siostra Elizabeth Johnson.W podobny sposób budowany jest wizerunek Kościoła w Polsce. Niezmienny, potężny i władczy, dążący do tego, by być głównym rozgrywającym w społeczeństwie, polityce.

Męski Kościół pilnie strzeże swojego terytorium. Rzeczniczka kurii jest w Polsce jedna i wywołuje tak wielkie poruszenie, że w mediach częściej musi opowiadać o tym, jak to jest być kobietą rzecznikiem, niż o problemach diecezji, którą reprezentuje.

Ministrantki to rodzynki w cieście. Chociaż na służbę dziewcząt przy ołtarzu zezwolił Watykan, w praktyce wszystko zależy od lokalnego biskupa, a także od proboszczów. Zatem ministrantki przy ołtarzu ciągle są atrakcją, prawie kuriozum. Szafarki komunii świętej zdziwienia nie budzą, bo nie ma ich prawie wcale. Jakby księża obawiali się, że komunia podawana z rąk kobiety straci swoje właściwości.

– Wiernym by się to nie spodobało. Zresztą ministrantki i szafarki mogą rozpraszać młodych księży – tłumaczył mi kiedyś jeden z duchownych.

Czy mizerna reprezentacja kobiet w seminariach duchownych też wynika z „niebezpieczeństwa rozpraszania”? Może raczej z obawy przed konkurencją?

Przyszłych księży kształcą więc księża profesorowie i teologowie świeccy. Profesorki teologii można zliczyć na palcach, kobiety są dopuszczane do nauki języków obcych, ewentualnie psychologii. Kobiety, które już zaszczytu dostąpiły, wydają się tak tym faktem onieśmielone, że ważą każde słowo, by zbyt śmiało nie skrytykować Kościoła, np. występując w obronie koleżanek. Większość dorównuje zatem swoim kolegom w zapewnieniach, że kobietom nie dzieje się żadna krzywda ani w Kościele, ani poza nim.

Kobiety godzą się na układ proponowany im przez męski Kościół: skoro uczą w seminarium, zajmują się świętą teologią (czy świętą kurią), m i m o ż e są kobietami, nie powinny się wychylać ani wykorzystywać swojego stanowiska do niecnych feministycznych celów. Koło się zamyka.

Znamienne, że w dyskusji o parytecie zgodnie krytykowali go zarówno księża, jak i nieliczne kobiety zabierające w Kościele głos. Alina Petrowa-Wasilewicz, przewodnicząca Krajowej Rady Katolików Świeckich, oznajmiła, że parytet „obraża kobiety”, bo „zakłada ich niepełnosprawność”. W Radiu Plus Koszalin bp Krzysztof Zadarko zdiagnozował, że „parytet kobiet w polityce ma w sobie coś ze zjawiska nepotyzmu, czyli rozdawania przywilejów »po znajomości «”. Nic dziwnego, że parytet nie podoba się w Kościele, w którym mężczyźni własnych przywilejów rozdawać nie zamierzają. W Kościele, w którym jeśli ktoś otrzymuje coś po znajomości, to tylko inny mężczyzna.

Dlaczego wikary nie gotuje?

Temat kapłaństwa kobiet zamknął definitywnie Jan Paweł II. W liście „Ordinatio sacerdotalis” z 1994 r. napisał: „Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom, orzeczenie to powinno być przez wiernych Kościoła uznane za ostateczne”.

Jeden z żelaznych argumentów przeciwko kapłaństwu kobiet, jaki słychać w męskim Kościele, brzmi: Chrystus wybrał na apostołów samych mężczyzn. Zakaz święceń dla kobiet traktuje się więc niemal jako dogmat, chociaż od lat przeciwstawiają się temu wybitni teologowie, choćby Karl Rahner, tłumacząc, że nie można w tej debacie pomijać społecznych uwarunkowań, które dziś są przecież zupełnie inne niż za czasów Jezusa.

W „Liście do kobiet” papież wykazał się większą wrażliwością. Mówi o kobiecie „nierzadko spychanej na margines, a wreszcie sprowadzanej do roli niewolnicy”. Dostrzega kobiecy geniusz nie tylko w płodzeniu dzieci. Wspomina np. o kobietach, które „umiłowały kulturę i sztukę oraz im się poświęciły mimo niesprzyjających warunków”. I najważniejsze: ubolewał, że odpowiedzialność za dyskryminację kobiet ponosili również „liczni synowie Kościoła”. Ponoszą ją nadal.

Są za to przestrzenie, w których Kościół chętnie widzi kobiety. Tu miejsca nie są reglamentowane. Z depeszy Katolickiej Agencji Informacyjnej z maja: „Smacznie i zdrowo – kurs dla gospodyń i sióstr zakonnych. Jak przygotować odpustowy obiad, jakie są rodzaje diet i zasady strojenia stołów i potraw? O tych i innych kulinarnych tajnikach będzie mowa podczas kursorekolekcji w Nowym Sączu. Jest on organizowany dla sióstr zakonnych i gospodyń plebańskich”.

Mojej znajomej, umiarkowanej feministce, mężatce, nie dawało to spokoju: – Dlaczego nie także dla gospodarzy plebańskich? Dla kucharzy? A tak w ogóle to dlaczego, do cholery, ksiądz nie może gotować? Samotni mężczyźni przecież zwykle gotują sobie sami.

Samotnym mężczyznom w Kościele gotują one, niewidki, często w habitach, z których przedpotopowych krojów oni mogą z wdziękiem pokpiwać. Podobnie jak z ich dziwnych imion. Wiele lat temu – mea culpa – sama śmiałam się z żarcików trzydziestoparoletniego zakonnika, który na poczekaniu wymyślał siostrom „imiona”. Zapamiętałam „siostrę Flakonię od Bocznego Ołtarza” (biedaczka zajmowała się pakowaniem do flakonu świeżych kwiatów przed mszą świętą).

Zakonnica pełni rolę służebną. Bp Zadarko: „Mówiąc o zgromadzeniach zakonnych, ważnymi kryteriami są służba, posłuszeństwo, dziewictwo, gdzie ideałem dla sióstr jest Maryja”. Problem w tym, że jest to rola najczęściej jedyna. Służba dla służby. Rola stworzona dla kobiet przez mężczyzn.

Nasza mała geniuszka sobie poradzi

Specyficzny i pełen sprzeczności jest obraz kobiety w oczach męskiego Kościoła. Z jednej strony żądanie heroizmu – stąd uprzedmiotawiające kobietę postulaty całkowitego zakazu aborcji wyrażane przez biskupów i konserwatywnych katolików. Można w końcu kobietę „zmusić do rodzenia”, jak ujął to na łamach „Gazety” Marcin Libicki, ponieważ jest tylko „depozytariuszką”. Podobnie z in vitro, które w Kościele przedstawia się nieraz jako zachciankę niepłodnych kobiet. A przecież powinny pogodzić się ze swoją bezdzietnością i w milczeniu nieść swój krzyż.

Ten heros ma być jednocześnie słodką istotką, aniołkiem, który „łagodzi obyczaje”.

„Kobieta ma swoje sposoby, aby cierpliwie, dyskretnie, dzień po dniu, wpływać na religijny wymiar życia najbliższych. Wie, że można by zapalić małą świecę do niedzielnego posiłku, może tę caritasową, która została z wieczoru wigilijnego. Może inaczej przystroić dom i stół na różne święta roku liturgicznego. Zatroszczyć się nie tylko o choinkę, ale i wieniec adwentowy ” – doradzał na wspomnianej pielgrzymce kobiet bp Stobrawa.

Przypomina to trochę naiwne marzenie świeckich mężczyzn o kobiecie, która wszystko udźwignie, nie tracąc przy tym uroku wątłej nastolatki. Trochę tytan, trochę dziewczynka.

Biskup Wątroba zauważa co prawda, że „wśród bezrobotnych kobiety stanowią większość, mimo lepszego wykształcenia trudniej im zdobyć dobrą pracę, i że „na tym polu jest bardzo wiele do zrobienia”. Ale natychmiast dodaje: „Z drugiej strony w Polsce ceniona jest rola kobiety jako matki i tej, która nade wszystko zajmuje się wychowaniem dzieci, i chociaż brak jest wyraźnej polityki prorodzinnej, to kobiety dzięki swemu geniuszowi potrafią doskonale godzić obowiązki matki, żony, gospodyni domowej z pracą zawodową”.

Oto ona, kobieta, która zawsze wszystko „doskonale pogodzi”. Za to ją właśnie kochamy, że niczego nie musimy jej ułatwiać (czytaj: możemy utrudniać), bo w końcu – ta nasza mała geniuszka – jakoś sobie poradzi.

Oczywiście: po prostu wyjdzie z Kościoła.

Katarzyna Wiśniewska, Gazeta Wyborcza, 2011-08-13

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Inne artykuły Katarzyny Wiśniewskiej, warte polecenia:

Czy Bóg jest kobietą>>klik_link

Kościół słucha kobiet? tak, w konfesjonale>>klik_link

Kościół jest kobietą>>klik_link

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teolożka feministyczna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *