Święta dziękjedzenia i dziękowania

    Jesienią w kościele, gdzie mam mieszkanko zawsze jest duża impreza. To chyba zawsze  na moją cześć, bo akurat wypada w rocznicę mojego pojawienia się tutaj. Czuję się  wyróżniony, że tak wszyscy świętują myśląc o mnie. Mówią wtedy dużo o święcie  „Dzięk…” lub o święcie „żniwno-…” Hmm…. przyznam, że to zbyt skomplikowane  nazwy i pamiętam tylko początek tych określeń. Jedno jest pewne – zawsze jest  mnóstwo jedzenia. Stąd nazwałem święto: „święto dziękjedzenia”. Chyba chodzi o dziękowanie jedzeniem? Tak myślę – z własnych wnikliwych obserwacji… Wszystkie myszy i szczury w okolicy najadają się do syta, a nawet więcej… Muszę się przyznać, że boli mnie zawsze dwa dni żołądek po tym objadaniu się…

Niestety tydzień po święcie udałem się na mały spacer, a po powrocie z przerażeniem  zobaczyłem, że ekipa remontowa ociepliła budynek a parafianie uszczelnili wszystkie  dziury przed zimą. W miejscu mojego tajnego przejścia teraz pachniała świeżością  szpachla. Nie pomogły próby drapania i gryzienia. Szpachla nie ruszyła się. Inne  dziury również zostały zaklejone. Dramat! Nie miałem jak dostać się do mojego  domku. Warto dodać, że noce zrobiły się bardzo zimne, padał okropnie nieprzyjemny deszcz i jak na złość koło kościoła na nocne spacery przychodziła cała zgraja  kotów. Nie miałem co jeść, zmarzłem, dostałem kataru i nie miałem gdzie spać.  Nie mogłem poszukać jedzenia w śmietnikach, bo tam dostępu broniły złośliwe  szczury. Dostałem się jednak po dwudniowych staraniach na zaplecze sklepu  warzywnego. Niestety, gdy już chciałem ugryźć piękną marchewkę, dopadł mnie kot.  Ledwo uciekłem i ledwo uratowałem życie. Byłem już na skraju wyczerpania, miałem  mało sił, a moje futerko wyglądało ja stara wycieraczka. Wtedy zrozumiałem, co to  znaczy kruchość życia, i jak ciężkie potrafi być życie myszy.

W akcie rozpaczy postanowiłem zdobyć się na heroiczny atak na supermarket. O godzinie 8 rano zawsze oszałamiająco pachniało tam świeżymi bułeczkami. Pamiętam, że tego dnia straciłem rozum. Władze w moim organizmie przejął wygłodniały żołądek. Gdy ze sklepu o godzinie 8.09 dobiegł mnie zapach świeżo wypieczonych rogalików, moje zziębnięte łapki same pogalopowały w stronę drzwi wejściowych. W szalonym pędzie w stronę nęcącego zapachu zatraciłem poczucie  zagrożenia rozdeptaniem przez tych wielkich ludzi, czy schwytaniem przez liczne grono moich naturalnych wrogów. Biegłem szalony w stronę rogalików, minąłem kilka koszyków, wielkie nogi wielu ludzi, kilka ogromnych regałów pachnących ciekawie i gdy już zobaczyłem moje upragnione rogaliki poczułem silne uderzenie. Zakręciło mi się w głowie, czułem, że lecę i chyba straciłem  przytomność. To czyjaś wielka noga z ogromnym butem mnie kopnęła! Kiedy się  obudziłem leżałem między słoikiem dżemu, marchewkami i torbą z …rogalikami!!!  Hurraaaa!!! Ogarnęła mnie radość. Niestety krótko, bo strasznie mną trzęsło. Okazało się, że podróżuję w jakiejś torbie. Wpadłem na jakieś klucze. Wszystko się  kołysało. Kiedy tylko torba przestała się kołysać, wyjrzałem na zewnątrz. Zobaczyłem pana  Rysia, gospodarza parafii, który właśnie otwierał drzwi od plebanii. Schowałem się więc znów na małą chwilkę i kiedy pan Rysio postawił torbę ponownie przy swoich drzwiach, szybko wyrzuciłem najmniejszy rogalik za torbę i sam wyskoczyłem, tak by  mnie nie zobaczył.

Wiedziałem już jak łatwo znaleźć się w moim małym domku przy prezbiterium w  kościele. Ku mojej radości nikt nie zaklejał dziur w środku budynku, więc moja tajemna skrytka czekała na mnie. Usiadłem zmęczony z moim rogalikiem, który z trudem wepchałem do środka.

Kiedy już poczułem się bezpieczny, zapłakałem. Płakałem tak  kilka minut. Nie byłem wcale smutny, o nie! Płakałem z radości i wdzięczności. Sam  nie wiedziałem z czego bardziej się cieszę: że już jestem bezpieczny w moim domku, czy że udało mi się zdobyć tak cudowny rogalik i zjem coś po kilku dniach głodu? Zapłakałem jeszcze raz. Następnie wytarłem łzy i nos, i zjadłem część rogalika. Syty  padłem na łóżeczko. Czułem się, że jestem najszczęśliwszą myszą na świecie.  Podziękowałem Panu Bogu, że mam tak wiele. Szczęśliwy spałem dzień i noc. Nic mi  się nie śniło. Czasami się przebudzałem i z uśmiechem stwierdzałem, że jestem w  moim cudnym łóżeczku. Czego chcieć więcej? To było moje pierwsze w życiu święto  dziękowania!

~ Mysz Ek, listopad 2013

Ten wpis został opublikowany w kategorii Mysz Kościelna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Święta dziękjedzenia i dziękowania

  1. Magda pisze:

    Monika, opowiadania o Ek-u powinny zostac opublikowane, zdecydowanie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *