eksplozja

Zima ciągnęła się w nieskończoność jak włoskie spaghetti. Weronika czuła z każdym tygodniem, jak jej wesoła nadzieja na rychłą wiosenną odnowę serca topniała zamiast śniegu. Szarość zalewała świat. Szare chmury przysłaniały szare niebo, gromadząc się nad szarym światem szarych istot. Długie noce nie przynosiły sił. Weronika budziła się równie zmęczona, jak zasypiała poprzedniego wieczoru.

Wracając z pracy zajrzała do zieleniaka w tęsknocie poszukiwań jakiś oznak życia. Może tam je znajdzie, choćby importowane z Hiszpanii…? Znalazła. Kupiła kilogram jabłek. Ich kolorowe skórki na tyle kontrastowały z obecną codziennością, że wydawały jej się importowane nie z cieplejszej strony Europy, ale z planet innej galaktyki. Zachwycona swoją zdobyczą podreptała na szary przystanek, tuż obok szarego budynku by poczekać na szary autobus, który zawiezie ją do jej szarego osiedla. Szybko wtopiła się w niewielki tłum czekających na przystanku. Szybkim spojrzeniem objęła ten przypadkowy tłum. Nikt się nie uśmiechał.

Po kilku szarych chwilach zauważyła na wysokości pierwszego piętra pobliskiego budynku igrający promyk słońca. Przypomniała sobie, że od wielu dni słońce nie przebijało się spod grubych, ciężkich siwych chmur. Promyk jednak pojawił się jedynie na ułamek sekundy tak, że Weronika nie wiedziała, czy to nie było tylko złudzenie. Nie zdążyła się nim ucieszyć, a już zatęskniła za nim. Ech!

Jednak tuż obok miejsca, gdzie pojawił się promyk zauważyła niewielką szczelinę w tynku budynku. W szczelinie coś się poruszyło. Weronika wytężyła wzrok. Nie myliła się. Szczelina nagle zrobiła się szersza i coraz wyraźniej widać było pod nią jakiś ruch. Drgnęła. Ciągle nie wierzyła własnym oczom, więc przypatrywała się ciekawie niewielkiemu zjawisku.  Coraz wyraźniej spod łupinek tynku zaczęła wydostawać się jakaś materia. Weronika oniemiała. Rozejrzała się wokół, ale nikt oprócz niej nie widział zjawiska na ścianie.

Powoli spod szarego tynku wysunęła się zielona gałązka. Była wiotka jak młody pęd winogronu. Zaraz za zielonym pędem pojawił się mały listek. Szczelina zaczęła pękać już coraz dynamiczniej, a zza niej coraz szybciej wydostawały się kolejne pędy. Jak rodzina węży zaczęły oplatać mur i zdobywać jego kolejne partie. Soczystość zielonych, młodych pędów kontrastowała z matowym, szarym budynkiem. Liście rozwijały się na pędach w szalonym tempie. Weronika zauważyła, że zieleń oplata już nie tylko część budynku, ale i dostaje się na obszary chodnika. Spod betonowych płyt wybijały kolejne zielone fontanny flory oplatając wszystkie napotkane przedmioty. Jeden z pędów dopadł nogi Weroniki. Zanim zareagowała było już za późno. Czuła jak szalona silna zieleń oplata jej obydwie nogi i jak powoli traci grunt pod stopami. Zachwiała się niebezpiecznie i wydobyła z siebie niepewny pisk zaskoczenia. Czuła jak nie panuje nad ciałem, które poddało się zupełnie zniewalającej sile zieleni.  Wokół szalała eksplozja liści dzikiej flory. Pędy oplatały jej cały tułów i zaczęły zaciskać się na przeponie. Traciła oddech i ostatkiem sił wydała już nieco głośniejszy jęk. Zamknęła oczy, ciemność okryła ją i szalejącą wokół niej zieleń. Nie wiedziała co się dzieje, gdzie jest i co teraz będzie. Z daleka słyszała jakiś słaby głos wołający ją: ” Proszę pani, proszę pani… Czy pani mnie słyszy?”

Otworzyła oczy. Leżała na chodniku. Nad nią stał pochylony całkiem przystojny osobnik, który próbował coś do niej mówić. Powoli zaczynała rozumieć co się mogło wydarzyć. Onieśmielona sytuacją, próbowała za wszelką cenę wstać. Poczuła jak jej policzki zaczynają pulsować. Czerwieniła się. Szumiało jej w głowie. Zauważyła, że obok niej leżą na szarym śniegu porozrzucane jabłka. Ich soczyste barwy tak niezwykle wyglądały pośród burego chodnika. Zatrzymała na chwilę wzrok na nich, zapominając zarówno o otoczeniu, jak i życzliwym panu, który właśnie pomagał jej wstać. Nagle nadjechał jej autobus. Zdążyła chwycić już tylko dwa jabłka. Jedno podała ze słowem „dziękuję!” swemu wybawcy, drugie schowała do kieszeni płaszcza. Wskoczyła do autobusu.

W autobusie zauważyła jak kilka osób wpatruje w nią swój ośli wzrok. Byli to pewnie świadkowie niedawnego zdarzenia. Wyjrzała więc za okno. Było znów szaro. Nie pamiętała już pędów zieleni, tylko tą soczystą czerwień, żółć i pomarańcz jabłek porozrzucanych na brudnym śniegu. Fascynujące.

Postanowiła do nadejścia wiosny łykać codziennie witaminy. Powinno pomóc.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Weronique. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *